Baśnie

 Jakub Adam Chrzanowski

Wydawnictwo Poligraf


Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment nie może być publikowany
bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.

Fragment baśni "Pan i pani King".

Żyło sobie kiedyś małżeństwo, które bardzo się kochało. Pan King był niezwykle zapracowany, co wiązało się z częstymi i dalekimi wyjazdami. Natomiast pani King zajmowała się ich pięknym domem i zawsze z niecierpliwością czekała na powrót męża. Wielka to była miłość i wielka była tęsknota, gdy się rozstawali, ale pieniądze, które przywoził pan King, również były wielkie. Oczywiście wszystko, co zarobił, oddawał małżonce, a w zamian dostawał przepyszny obiad i piękny uśmiech. Pan King uwielbiał przyrządzane przez nią potrawy i zawsze ochoczo je wychwalał. Pewnego razu, gdy znów zachwycał się jej wyśmienitym obiadem, pani King zapytała:

– Kochanie, czy to nie jest dziwne, że ty tak ciężko pracujesz, a ja przez całe życie nie przepracowałam nawet minuty?

Pan King spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Z tego, co pamiętam, to tak właśnie się umawialiśmy – powiedział. – To ja miałem na wszystko zarabiać, a ty miałaś zajmować się naszym domem. Jeszcze pięć miesięcy temu o niczym innym nie marzyłaś. Szczerze powiedziawszy, to byłem nawet o niego zazdrosny.

– Zazdrosny o dom?

– Tak, to on był tematem numer jeden przy każdym obiedzie. Zawsze powtarzałaś, jaki jest piękny i że nie wyobrażasz sobie życia bez niego. Czasami wydawało mi się, że kochasz go bardziej niż mnie.

Pani King się uśmiechnęła.

– Może nie pij już wina – zaproponowała, spoglądając na kieliszek męża.

Pan King uśmiechnął się, po czym pokręcił głową.

– Muszę przyznać, że trochę mnie teraz zaskoczyłaś – oznajmił. – Jeśli chcesz pracować, to oczywiście nie mam nic przeciwko. Nie zapominaj jednak, że wciąż jestem dyrektorem Międzynarodowego Instytutu Zrównoważonej Konstrukcji, a to oznacza, że na razie nie musimy martwić się o pieniądze.

– Konstrukcji? – zdziwiła się pani King.

– Tak. Zrównoważonej Konstrukcji.

– Dziwne. Wcześniej mówiłeś, że Konsumpcji.

Pan King wyglądał na zmieszanego.

– Chyba mnie źle zrozumiałaś, to na pewno była Konstrukcja – powiedział, mocno się nad czymś zastanawiając.

– Jesteś tego pewien?

– Oczywiście, że tak. W końcu to ja jestem dyrektorem tego Instytutu, więc na pewno nie pomyliłbym jego nazwy.

Przez moment oboje milczeli.

– Kochanie, są dwie rzeczy, których na pewno nigdy bym nie zapomniał – przerwał milczenie pan King. – Imienia mojej żony i nazwy mojego Instytutu.

– No dobrze. Skoro tak twierdzisz.

– A jeśli chodzi o pracę, to zrobimy tak, jak będziesz chciała. Przecież stać nas na służbę.

– No tak, służba – westchnęła pani King. – Obcy ludzie, którzy wszystko zrobią za ciebie, i co gorsza, będą roznosić plotki po mieście. Chyba jednak zostanę w domu.

Po posiłku jej małżonek udał się na poobiednią drzemkę. Pani King wciąż nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Na wszelki wypadek zajrzała do dziennika, w którym pół roku wcześniej zapisała nazwę Instytutu, w którym pracował jej mąż. Jak się okazało, to ona miała rację. To był Międzynarodowy Instytut Zrównoważonej Konsumpcji, a nie Konstrukcji, jak twierdził jej małżonek. Nie była pewna, czy kłamał, czy też może coś mu się pomieszało, ale na wszelki wypadek zebrała ubrania, w których przyjechał, i dokładnie je obwąchała. Nie poczuła nic, co by mogło ją zaniepokoić, więc przejrzała jeszcze wszystkie kieszenie. W pewnym momencie poczuła coś twardego. Zanurzyła dłoń w kieszeni nieco wysłużonej już marynarki i wyciągnęła z niej złoty pierścionek. Ucieszyła się, bo była pewna, że jest dla niej, ale po chwili oprzytomniała i pomyślała, że wcale tak nie musi być. Z niepokojem wsunęła go na palec. Pasował idealnie i wyglądał tak ślicznie, że aż żal było go zdejmować. W końcu jednak go zdjęła i schowała z powrotem do kieszeni. Postanowiła, że nic o nim nie powie.

Dwa dni później jej małżonek znów szykował się do wyjazdu. Pani King uważnie mu się przyglądała i czekała, aż w końcu powie coś o pierścionku. On jednak zachowywał się tak, jakby nie wiedział o jego istnieniu. Co gorsza, najwyraźniej zapomniał też o istnieniu swojej małżonki. W ogóle jej nie zauważał, tylko cały czas przeglądał się w lustrze, powtarzając co chwilę: „No dobrze, no ładnie, może być”. Z jakichś powodów polubił też tę starą marynarkę, chociaż jej zdaniem nadawała się tylko do wyrzucenia. Jeszcze gorsze było to, że był w wyśmienitym humorze, a przecież za kilkanaście minut mieli się rozstać i to aż na dwa tygodnie. W pewnym momencie wsunął dłonie do obu kieszeni swojej wysłużonej marynarki i nagle znieruchomiał. No może nie do końca, bo dwa palce, które dotykały pierścionka, rozszalały się na dobre, co było przecież widoczne i całkiem zabawne. Jego mina mówiła sama za siebie: był zaskoczony tym znaleziskiem. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał, a gdy na jego czole pojawił się pot, spojrzał na małżonkę i zapytał:

– O czym tak myślisz, kochanie?

– Zastanawiam się, dlaczego dyrektor instytutu nosi tak leciwą marynarkę – odparła.

Pan King spojrzał w lustro i wyciągnął ręce z kieszeni. Zwykle na takie słowa reagował inaczej, ale tym razem w ogóle się nimi nie przejął:

– Bo bardzo dobrze się w niej czuję – powiedział spokojnym tonem. – Poza tym zakładam ją tylko na czas podróży. Tam oczywiście mam inną.

– Tam oczywiście masz inną? – powtórzyła pani King, choć te słowa bardzo jej się nie spodobały.

– Zgadza się. I to niejedną.

„Boże, nie wierzę, że to powiedział” – pomyślała, zaciskając mocno zęby.

– Chyba nie pomyślałaś, że zadowolę się jedną i to w dodatku starą – dorzucił, patrząc na nią ze zdziwieniem.

Pani King o mało nie zemdlała po tych słowach. Wiedziała, że powinna teraz do niego podejść i wyciągnąć z kieszeni ten nieszczęsny pierścionek, ale zabrakło jej odwagi. Obawiała się tego, co mogłaby usłyszeć, więc postąpiła tak samo jak kilka tygodni wcześniej, gdy zasłabła na ganku. To była bardzo leniwa niedziela i tak naprawdę niewiele wtedy robiła. Mimo to zakręciło się jej w głowie i na chwilę straciła przytomność. Nie poszła jednak do lekarza, choć jej mąż długo ją do tego namawiał.

„Jeśli mam jutro umrzeć, to niech umrę, ale po co mam o tym wiedzieć już dziś?” – pomyślała wtedy.

Teraz czuła się podobnie. Zawsze uważała, że niewierność jest tak samo zła jak morderstwo, dlatego bała się, że kolejne wypowiedziane przez jej męża słowa mogą doprowadzić ją do utraty przytomności, a może nawet poczytalności. Poza tym wciąż wierzyła, że dostanie ten pierścionek, a wraz z nim odzyska spokój, którego pragnęła jeszcze bardziej. Niestety tak się nie stało. Jej mąż wkrótce wyjechał, a pierścionek razem z nim. Dopiero wtedy zrozumiała, że niepotrzebnie się łudziła. Przecież prezenty wręczał jej zawsze pierwszego dnia i to od razu po przyjeździe.

Wszystko więc wskazywało na to, że jej wierny i szczery małżonek wcale nie jest taki wierny i szczery, jak zawsze myślała. Wiedziała, że znalazł sobie inną kobietę, no bo jak inaczej można było to wytłumaczyć? Zastanawiała się, czemu wcześniej tego nie zauważyła i co powinna teraz zrobić. Nigdy nie przypuszczała, że coś takiego może przytrafić się właśnie jej. Zawsze uważała, że jej mąż jest najukochańszym i najwierniejszym mężczyzną na świecie, dlatego nigdy nie była zbyt podejrzliwa. Nie zamierzała jednak siedzieć z założonymi rękami. Wiedziała, że musi coś zrobić. Po krótkim namyśle wybrała się do wróżki, o której wiedziała tylko tyle, że jest bardzo droga, ale również bardzo dobra.

– Co panią do mnie sprowadza? – zapytała z uśmiechem wróżka.

– Wydaje mi się, że mój mąż mnie oszukuje.

– Ma pani na to jakieś dowody?

– Tak, gubi się w tym, co mówi, a ostatnio przywiózł kosztowny pierścionek, o którym nic mi nie wspomniał. Znalazłam go przypadkiem w jego kieszeni i oczywiście pomyślałam, że jest dla mnie.

– A co powiedział, gdy go pani o niego spytała?

– Nie spytałam.

– Dlaczego?

– Chyba bałam się tego, co mogę usłyszeć.

Wróżka spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem.

– Czy zbliżają się pani urodziny lub rocznica waszego ślubu? – zapytała.

– Urodziny mam dopiero za pół roku, a rocznica naszego ślubu przypada za pięć tygodni.

– Pięć tygodni to niewiele. Może stąd ten pierścionek?

– Sama nie wiem. Szczerze mówiąc, to niewiele z tego rozumiem. Był bardzo zaskoczony, gdy poczuł go w swojej kieszeni. Tak, jakby nic o nim nie wiedział. Czyżby o nim zapomniał?

– Całkiem możliwe, to tylko facet – westchnęła wróżka. – Domyślam się, że założyła go pani na palec?

– Tak, założyłam. Pasował idealnie.

– Hmm… myślę, że nie ma co wyciągać zbyt pochopnych wniosków, tylko cieszyć się tym, że pani mąż jeszcze pamięta o waszych rocznicach. Niech pani poczeka jeszcze te pięć tygodni, a jeśli wtedy nie wręczy pani pierścionka, proszę się do mnie zgłosić.

– No dobrze. Załóżmy, że ma pani rację, ale jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Pół roku temu powiedział mi, że został dyrektorem Międzynarodowego Instytutu Zrównoważonej Konsumpcji. Powtórzył tę nazwę dwukrotnie, ale na wszelki wypadek zapisałam ją sobie jeszcze w moim dzienniku. Dwa dni temu natomiast oznajmił, że to Międzynarodowy Instytut Zrównoważonej Konstrukcji.

Nigdy nie słyszałam o takich instytutach – zdziwiła się wróżka. – Instytut Zrównoważonej Konstrukcji? Jest w ogóle coś takiego?

– Nie mam pojęcia.

– Dziwne. Jest pani pewna, że najpierw mówił o Konsumpcji?

– Na sto procent.

– No dobrze. A czy miewa pani sny?

– Tak, miewam.

– Jak często?

– Właściwie to każdej nocy.

Wróżka przez chwilę nad czymś się zastanawiała.

– Myślę, że mogę pani pomóc – powiedziała w końcu. – Proszę się przesiąść na sofę, a ja w tym czasie pójdę do pasieki za domem i przyniosę trochę miodu.

– Dobrze – powiedziała pani King, wstając z krzesła.

Wróżka zajrzała jeszcze do kilku szuflad biurka, przy którym siedziała, a potem wyciągnęła z jednej z nich przezroczysty pojemnik. Przyjrzała mu się dokładnie i powiedziała:

– To zajmie tylko chwilę.

Gdy wyszła, pani King spojrzała w stronę okna. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że z krzesła, na którym przed chwilą siedziała, dałoby się jeszcze coś zauważyć, ale z sofy nic nie było widać. I choć zawsze uważała, że podglądanie jest bardzo nieeleganckie, to jej ciekawość nalegała, by jak najszybciej zmieniła zdanie. Przypomniała sobie nawet, że kiedyś przypadkiem zdarzało jej się coś podejrzeć, więc dlaczego teraz nie mogłaby tego zrobić? Oczywiście przypadkiem. Wstała więc z sofy, by rozprostować nogi, po czym zaczęła oglądać wiszące na ścianie obrazy. Zaczęła od tego, który znajdował się najbliżej okna.

„Ładny, aczkolwiek trochę przygnębiający” – pomyślała, przyglądając mu się całe dwie sekundy, po czym niby przypadkiem zerknęła za okno. Widok był tak imponujący, że natychmiast zapomniała o pierścionku, mężu i wszystkich innych nieszczęściach. Tak pięknych, dużych i zadbanych uli jeszcze nie widziała. Wróżka stała przy trzech najbardziej oddalonych od okna i nad czymś się zastanawiała. Najpierw spojrzała na szafirowy, potem na purpurowy, aż w końcu podeszła do szmaragdowego. Otworzyła go i zajrzała do środka. Była bardzo spokojna jak na kogoś, kto nie ma na sobie odzieży ochronnej, ale pani King jakoś się ten spokój nie udzielił. Dlatego zrezygnowała z dalszego przypadkowego podglądania i znów zasiadła na sofie. Niebawem wróżka wróciła i wręczyła jej pojemnik z miodem.

– Proszę, to dla pani – uśmiechnęła się.

– Dziękuję – powiedziała niepewnie pani King.

– To nie jest zwykły miód – oznajmiła bardzo poważnie wróżka. – Jeśli chce pani poznać całą prawdę o swoim mężu, to przed zaśnięciem proszę założyć coś, co do niego należy, na przykład jego koszulę, i zjeść dwie łyżeczki tego miodu. Potem w pani snach pojawi się wszystko to, co aktualnie robi pani małżonek. Nie to, co już zrobił, i nie to, co zrobi za chwilę, tylko dokładnie to, co robi teraz. I radzę w to uwierzyć.

Pani King przez chwilę się nie odzywała.

– Zaraz, zaraz… – wymamrotała z niedowierzaniem. – Chce mi pani powiedzieć, że będę mogła jednocześnie spać i obserwować mojego męża?

– Zgadza się. Tak właśnie działa ten miód. Gdyby nie on, wyszłabym niepotrzebnie za mąż. I to aż cztery razy!

– To genialne. Muszę przyznać, że to naprawdę genialne. – Pani King nie mogła wyjść z zachwytu. – Bardzo dziękuję.

– Ależ proszę – powiedziała rozbawiona jej reakcją wróżka. – Mam nadzieję, że sny pani nie rozczarują.

Gdy pani King wróciła do domu, natychmiast otworzyła pojemnik. Miód specjalnie się nie wyróżniał, więc postanowiła, że od razu go przetestuje. Założyła koszulę swojego męża, zjadła dwie łyżeczki miodu i położyła się spać. Była bardzo podekscytowana, dlatego zasnęła dopiero po trzydziestu minutach.

Chwilę później zaczęła śnić. Jej mąż przebywał w pokoju hotelowym i cały czas coś mówił. Pokój był mały i zupełnie nie pasował do kogoś, kto ceni sobie komfort i klasę. Jej mąż nie mógłby wybrać takiego pokoju, ale najgorsze było to, że nie był w nim sam. Widziała, że z wielkim przejęciem coś komuś opowiada, ale nic nie słyszała. W pewnym momencie zdjął swoją marynarkę, a potem znów zaczął mówić. Dopiero wtedy go usłyszała:

– Mało co się nie wpakowałem, bo powiedziałem Konstrukcji zamiast Konsumpcji. Uwierzysz, chłopie? Nie wiem, skąd mi się wzięła ta Konstrukcja. Przecież to miał być Instytut Zrównoważonej Konsumpcji! Tak?

– Tak – potwierdził siedzący na jednym z łóżek mężczyzna. – Międzynarodowy Instytut Zrównoważonej Konsumpcji.

– Nie wierzę – denerwował się pan King. – Jak to się stało, że ona to zapamiętała, a mi się pomieszało?!

– To proste, wpadłeś w rutynę, przez pół roku na niczym cię nie nakryła, więc przestałeś się przykładać.

– Wiem, to mój błąd. Tylko, co zrobić, żeby znów się nie powtórzył?

– Bądź ostrożniejszy i może zapisuj sobie niektóre rzeczy, a potem je od czasu do czasu czytaj.

– Już tak robiłem, Gerard – westchnął pan King. – Uwierz mi, że zapisywałem sobie niektóre rzeczy, ale potem gdzieś mi te zapiski znikały.

Mężczyzna wziął głęboki oddech.

– To może chociaż uważaj na słowa, które przy niej wypowiadasz – powiedział wyraźnie poirytowany. – I nie pij już przy niej tyle wina.

– Słusznie, masz rację, od dziś kończę z winem.

– Mam nadzieję – powiedział mężczyzna, spoglądając na kieszonkowy zegarek. – Nie wiem jak ty, ale ja pójdę już spać. Przed nami ciężki dzień.

– W porządku. Ja też zaraz pójdę. Tylko się jeszcze umyję.

Wkrótce pani King widziała tylko ciemny pokój, w którym było słychać naprzemienne chrapanie. Na szczęście szybko się obudziła. Nie chciała marnować snu na dwóch chrapiących facetów, więc postanowiła, że przez całą noc nie zmruży oka i będzie zajmować się, czym się tylko da. Zaczęła od sprzątania, ale tak naprawdę chodziło jej o znalezienie kolejnych dowodów. Jej mąż wspominał o znikających zapiskach, ale zapiski nie mogły sobie tak po prostu zniknąć. Na pewno były tam, gdzie je zostawił.

Pani King udała się do garderoby. Najpierw zaczęła przeszukiwać wszystkie spodnie swojego męża, a potem jego płaszcze, marynarki i kurtki. Gdy zaczęła odczuwać lekkie znużenie, jej dłonie znalazły się w kieszeniach jednej z jego jesiennych kurtek. W pierwszej kieszeni poczuła kilka monet, a w drugiej zmiętą kartkę i jakiś łańcuszek. Najpierw wyciągnęła łańcuszek i od razu zamarła. Przyglądała mu się z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy to jej umysł przypadkiem nie płata jej figla.

„Błagam, tylko nie to” – pomyślała. – „Czy to naprawdę jest złote serduszko? Czy to, co wisi na tym łańcuszku, jest skrywającym coś lub raczej kogoś serduszkiem?”.

Niestety to, co znajdowało się na łańcuszku, było właśnie złotym serduszkiem. Pani King wiedziała, że może je otworzyć, ale nie była pewna, czy tego chce. Nie miała pojęcia, co się w nim kryje i ile bólu, łez i cierpienia może jej dostarczyć. Z drugiej strony, skoro zdecydowała się na miód, to i tak prędzej czy później pozna prawdę. W końcu uznała, że chce mieć to już za sobą, dlatego bardzo powoli otworzyła serduszko. Szybko tego pożałowała. W środku znajdowało się zdjęcie pięknej i uśmiechniętej dziewczyny.

– Ty draniu! – krzyknęła, puszczając łańcuszek z rąk. – Ty draniu! To tak mnie kochasz?!

Pani King długo wpatrywała się w serduszko. Była tak roztrzęsiona, że zupełnie zapomniała o zmiętej kartce. Serduszko zamknęło się, gdy spadło na podłogę, ale ona wciąż widziała tę dziewczynę. Dopiero gdy trochę ochłonęła, przypomniała sobie o kartce. Natychmiast ją wyciągnęła i szybko rozwinęła. Na pierwszej stronie znajdowały się wyliczenia związane z jakimiś wydatkami. Wszystkie były rozpisane w wielkim nieładzie. Trudno było z nich coś wywnioskować, więc odwróciła kartkę na drugą stronę. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to dwa napisane u góry słowa: „Dla Elizy”.

Myślała, że ją zaraz szlag trafi. Pismo swojego męża rozpoznała bez trudu. Pod słowami narysowany był dom. Tu pani King też nie miała żadnych wątpliwości. Widziała już kiedyś podobny rysunek – jakieś dwa miesiące po tym, gdy się poznali. Pan King przyszedł wtedy do niej i powiedział, że prędzej czy później wybuduje dla niej taki dom. Dotrzymał słowa.

Zarówno na tamtym rysunku, jak i na tym wszystko było dokładnie rozpisane – gdzie ma znajdować się kuchnia, gdzie salon, a gdzie łazienki czy sypialnie. Rysunek, który znalazła teraz, nie miał nic wspólnego z ich domem i nawet rozkład wszystkich pomieszczeń był zupełnie inny. Tak, jakby za wszelką cenę miał nie przypominać tego, w którym mieszkali. I wtedy ją olśniło. Teraz nie miała już żadnych wątpliwości. Dziewczyna o imieniu Eliza wcale nie była jego kochanką. To nie był przelotny romans, jak początkowo myślała. To było coś więcej. On ją naprawdę kochał. Miał przecież jej zdjęcie w złotym serduszku, kupił jej piękny pierścionek i postanowił wybudować dla niej dom.



Zbiór ten to utwory na pozór ze sobą niepołączone. Każda baśń ma swojego bohatera i swój plan wydarzeń. I tak czytamy o miłości niewidomego Garlona i pięknej Iliany, o Alwie, która miała piękne i tajemnicze jabłka, o Trupigroszu czy o małżeńskich perypetiach Pani i Pana King. Tych historii jest oczywiście więcej i wszystkie łączy znakomity warsztat pisarski Autora, który tematy z kręgu sacrum przeplata wątkami profanum, a całość przez to wcale nie staje się niesmaczna. Wręcz przeciwnie, humor wpleciony w narrację sprawi, że każdy znajdzie w książce coś, co go zauroczy.
W utworach widać też szacunek Autora do czytelnika, historie są dopracowane, przemyślane i nieszablonowe. Całość wspaniale uzupełniają wysublimowane ilustracje.